Chata otwarta na oścież, gości witać gotowa. Piec gorącem bucha, pachnie chlebem. Babulka w maselnicy śmietanę ubija. Obok dziewuszka jak malowana, ruchy babusi naśladuje.
Ani kto patrzy, że to szkolna sala gimnastyczna w Podlesiu i na ścianach malowani dyskobole się prężą. Swojska lasowiacka chata jest na ten raz najważniejsza i przeszłość w starych sprzętach zaklęta. Niecki wyskrobane skrzętną ręką gospodyń wiekowych, kuferek, co z nim za ocean dziaduś za chlebem chodził i kołyska, w której wylulało się pokolenie dzisiejsze. Bujne, rezolutne. Rozumiejące, że
"wszystko
co wzięte zostało z ludu
co wzięte zostało
z chłopskiej chaty
jest w kulturze wiecznotrwałe
i nigdy wartości
nie straci
strojne liściem dębowym
oprze się wszystkim burzom i czasom
jak miłość
w piękno ojczystej mowy"
Tak pisał Jan Pocek, a Józef Czubat, przewodniczący Towarzystwa Przyjaciół Kamienia, specjalnie wybrał te słowa na otwarcie I Spotkania Gwarowego ?GwarKam 2000". Na koniec wieku godziło się przecież zaznaczyć, że jest z czym wejść Towarzystwu w nowe tysiąclecie, a młodzi nie tylko w wirtualnym świecie żyją. Dyrektor podlesiańskiej szkoły, Ryszard Bugiel, nie liczy, ile miesięcy zajęło jemu, nauczycielom i uczniom przygotowanie tego spotkania trzech pokoleń: gimnazjalistów, ich rodziców i dziadków. Nieważne ile, ważne, że te trzy pokolenia ożywiają dawną kulturę, potrafią mówić tą samą gwarą, te same tradycje chcą pielęgnować. Upocony pod ciężką kapotą i czapą, które wzorem dawnych gospodarzy wdział na tę specjalną okazję, śledził Bugiel w półkoszku usadowiony, jak najstarsi ocierają łzy.
Kogo komary uchlały
Pierwszy XIX-wieczny osadnik Podlesia nazywał się Bochenek. W swym pamiętniku mową wiązaną, że jego praca na tej ziemi ?była mozolna i długie czasy szła ona z wolna?, lecz ?kwitły roboty kulturalne, a były one dość wykonalne?. Czemu zdziwiłby się nie jeden gospodarz, gdyż pra-Bochenek musiał obrobić 50 morgów pola ornego, 40 sztuk bydła, tuczyć gęsi 50, 40 kaczek i innego drobiazgu. A jeszcze zakładał sad, miał życie we wsi od zachodu i północy oddzielonej tęgimi borami. Do dziś ludzie mówią ?dawniej Dunaj tu był?, znaczy sie duża woda, i doły przepaściste, że bydlęta w nie wpadały, a komary się lęgły, więc co i raz kogoś uchlały...
Nie wiadomo czy chociaż miał pra-Bochenek babe robotną. A nie taką, jak w skeczu o Maryśce, opowiedzianym przez Annę Szewczyk, mistrzynie gawęd i monologów, członkinię zespołu śpiewaczego przy Centrum Kultury w Kamieniu.
A Maryśka ino po wsi latała. ?Maryśka czyś ty się wściekła?!? - napominał ją chłop.
-Bym se w domu siedziała, ale ni mom malowidła ? rzekła. To buch, do lasu leci drewna na motowadło'- czyli kołowrotek szukać. Baba hyc z ławy, białe prześcieradło zabrawszy za chłopem do lasu bieży, bo - myśli sobie - jak jej chłop motowidło zrychtuje, to z chałupy już nosa nie wyściubi. Zostawiwszy męża za drzewami, na pieniek wlazła prześcieradłem się okryła i buczy nie swoim głosem: ?Komu życie zbrzydło, e niech rychtuje motowidło". Chłop się przestraszył, ale nie zanadto, bo dalej szuka drewna, więc Maryśka wrzasnęła dosadniej: ?Kto rychtuje motowidła, ten umrze? - i chłop wziął nogi za pas. Tak to się Maryśka od roboty wymigała.
Dziewuszki i baby
Dziewuszki z Krzywej Wsi stroją pannę , młodą w welon, smutnie zawodząc:,,Dziś ostatnią nockę u matuli spałaś?, a matula krzyżyk na drogę daje. Kumy zaś plotą, jak to ?koniami" do ślubu jechały, a wcześniej młodzi wszystkich sąsiadów, za koleją, prosić na wesele szli.
- Nawet tych, co nie lubili? - wyrywa się młódce słuchającej opowieści. - Tyż - ucina kuma. I zaczyna z innej beczki: - A wicie, że jednym kieliszkiem starosta wszystkich weselników częstował? -I starczyło? - dziwi się młódka. - Starczyło, ino co trochę dolewał...
- Ja to na wesele oklepała sobie włosy maślanką i nie stały, a teraz panny malują się jak wiewióry na rudo, że poznać trudno - krytykuje inna kuma. Jeszcze inna, że weselisko miało być jak się patrzy, a do kiełbasy ?nutriów naładowały i gościom dały na stół. Oloboga, widzioł to kto?! Co za wstyd! Zaraz po nieszporach wezmo i pójdo do księdza dobrodzieja i wszystko mu powim. Niech wi, jakie parszywe owce pasie."
I tak kumo, moja kumo, pokumały my się...
gdy wlazł kogut na łogród, pogniwały my się...
I tak przyśpiewka goni przyśpiewkę, coraz to nowi goście w lasowiackiej chacie toczą opowieści, a chleb w piecu pachnie coraz mocniej. Trza wyjmować, żeby się nie przepiekł. Dziewuszka chwyta drewnianą szeroką łopatę, jakiej już nie uświadczy w nowomodnych piekarniach i sięga nią w czeluść pieca. Wyjmuje bochen wielki jak młyńskie koło, stuka w skórkę palcem. - Odbija, znaczy się wypieczony - mówi, po czym kroi pajdy zasłużone. Masło wyjęte z maselnicy czeka, tylko brać i smarować. Goście na widowni częstowani, jedzą ze smakiem. Jeszcze tylko ?babcia zładuje wam herbaty" - tak się do dziś mówi po okolicznych domach. Może trochę dla pokory i przypomnienia, że dawniej herbaty kupowało się szczyptę w sklepiku u Żyda, a na przednówku baby mannę w wodach zbierały i kulagę z tego gotowały. A młodym, gdy od ślubu przyszli, mówiły: i Spróbujta chleba mojego, obyście się dorobili własnego.