Jednym z zadań zapisanych w statucie Towarzystwa Przyjaciół Kamienia jest ochrona i pielęgnowanie gwary kamieńskiej. Służą temu przede wszystkim coroczne spotkania z mową gwarową „Gwar- Kam”. W tym roku, na dziesiątym, jubileuszowym spotkaniu, gościliśmy pana Bolesława Sochę z Niska, naszego rodaka, gorliwego obrońcę gwary. Tekst monodramu, który Pan Bolesław zaprezentował publiczności zebranej w Zespole Szkół w Kamieniu, zamieszczamy poniżej. Pikantny jest i miejscami rubaszny, co w pierwszym odruchu  inkwizytorsko chcieliśmy ocenzurować, ale… I takie słowa stanowią naszą językową spuściznę! Pisownię zachowujemy oryginalną. Miłej lektury!

 

LATA DWUDZIESTE, LATA TRZYDZIESTE…

OKRES MIĘDZYWOJENNY XX WIEKU W KAMIENIU

 

            A juści nieboska Polska powstała. Wróciła nadzieja na wolność i miejsą bidę. Kamień to duza wieś i uchodziła za majetną. Bo była tu i gmina z wójtem i sekfestrem, kościół z księdzami i łorganistą, dochtór od ludzi i weterynarz, pocta, straz łogniowa, posterunek, leśnicy i gajowe, dróżnik, młyn z tartakiem, sefcy, krafcy, sklepiokaze, więcej żydzich nis nasych, wysynk, trafiki, kowale co casem i zęba wyrwali. Łobcęgami abo klescami, wiązali tyz zęba nitką konopią psywiązali do płótna – kowal pchnął łeb i ząb wycik. Casem jak który gwałtował ze go boly to kowal brali rozpalone do cerwięności zelazo i sporo do nigo, to znowu się darł – jus mie nie boly. We wsi było z pięć radiów. W każdej chałpie były zarna, siekace na buraki z siecką do któryj w nocy dzieci siurały. A moze i starse… A na polach juz się zacęły jawiać kosy.

A ludziska se zgodnie zyli, zenili się, boćki jęm dziecka znosiły – wtedy ja tak myślał, casem się wadziły o miedze albo o jakieś tęm „pocałuj mnie w … - no sęmeśta se dopowiedziały – to gupiaki robiły tylko na sądy i Hadukatów.

Nie było letko. Casęm sie zapałki łupało na dwie, tsy a jak się udało to na śtyry cęści, abo zycyło się łognia od sąsiada.

A z żęniackamy to róźnie bywało. Taki na psykład Fręnek Dąbal to łaził z Janką Cibę z pięć roków jaz łona zasła. Był to chłop cięmajda, taki leperta, ale robotny, cęsto sie w tartaku załapał to i grosa uśpurtał. To ci ucik ze wsi, bez pośratania wsiad na sif i za dwa tydnie był w Hameryce. Mówiły ze tęm był sambelanem to i duzo dolarków zarabiał. Ja zmiarkował co łon tęm robił jak u nas dopiro nie dawno z tych sęmbów wywozili. Wrócił po prawię pięciu rokach, łogarnięty w portkach – pompkach, takich co u nas najwyzse pęny nosiły, we wsi to nawet nas kierownik skoły takich ni miał. Dziwki dulary pocuły to zacęły go zacypiać a ze Stajna i z Sitawinów to nawet sfatów posłali – ale łon ich przegnał. A i męmuś kazali mu iść do Jęnki i synka. A jak łobacył swojego Łukaska, wykapęny Fręnek a ze chłopak to widać bo w tęmtych casach to takie małe chłopaski i dziewcyny latały nagusięńkie. To posył do tyj Janki Ciba ale łona mu pedziała ze coś Męma markotna. To wziął i kupił staryj Cibce mesty i chustkę na łeb i ją udobruchał. To jesce mu krowinę dodała a stary źróbka i sie pożeniły.  

A Ciby sie martwiły bo miały jesce dwie dziwki, bo Fręnka juz była żęniata. A syn Wojtek to całe życie chodził po słuzbach a teraz jest parobkiem u Durdziny. Ludzie coś miarkują, ze łon tam łostanie. Bo jak łońskiego roku Durda pomarli na suchoty, to Durdzina poprzerabiała na Wojtka ubręnia i teraz chodzi jak pęnisko. A jus i zauwazyli ze psy konfesjonie ksiądz go dłuzyj tsymał i tak jak by go karęntował.

Duzo było roboty w tartaku, bo nastał nakaz by kazdy u siebie pobudował wychodek, to nabudowali tygo z tysiąc. Ale zawse skąpy Maciek Kulebiak to pobudował taki łoscędny – deski były po bokach i ma sie rozumieć ta z dziurą do siedzenia. Ktoś chyba nastał policyjów – to łąn tłumacy, ze z psodu to nic nie widać a z tyłu to i tak nikt nie pozna cyja to. To jak łony popatsyły na jigo kobiecina, a baba była taka sobie psy kości to się śmiały do rozpuku i przes to chyba mu kary nie dały. Ale musiał dobudować i pobilać. Mrucał coś pod nosem ze w chałpie ma nie bilone a tu musi. Nie turbuj się łozwała sie jego połowica, wlejewa więcej wody do wapna to pobilywa w chałpie a tu się trochę pośmajta i bedzie dobze.

- A kęj tak cieknies w dyrdy Jędruś. A tak se idę, bo co? Przecie dzisiaj nie grają – mówią do nigo stary Machaj. A to co ze nie grają. A boś ty to taki bitnik, ze prawie cały niuch mas połobijęny – a przestał byś sie bijać i dał se życi sięna. A musę jesce ze dwum połoddawać. Daj pokój, po rufach się ciaras, a jak ci jesce kto jaką rufą przyfastryguje to ęni zipnies. Pomyślał trochę i wyrzekł – wicie co Machaju, mie to wasa Zośka się podoba a i pole pasuje. Jędruś ja bym cie tyz widział, ale bój sie Boga dziecka bandycie nie dąm. Daję słowo, ze juz więcej bijatyki nie bede robił. E plecies chyba tak jak tęn co księdzu przyzekał, ze więcyj pił nie bedzie, a jak dostał rozgrzysenie to dodał – ale mniej tys nie. A ja honorny u mnie jest słowo. I zacął ci podlatywać do tyj Zośki, sybko porobiły zapisy u rejęnta. Pozycył kielysek od Smaji, bo wtedy jednym kieliskiem sie łopskakiwało wesele, pipę na piwo, sprosił ludzi i po tygodniu było po weselu. Ale teraz to ludziska paplają, ze i takięmu bitnikowi to Zośka daję radę i casęm w kiepałę psywali. A łon cichy, bo u rejęnta wsyćko na nią stoi.

Łonygo casu to Jagna Lejko robiła pręnie na tarce i kijąnką w życce Podlesiąnce. Załuwazył to Feluś Cerwin. A ze jak prała, właziła do wody to i kieckę po kolęna – a moze i wyzej zadzirała a z psodu jak jeździła po tyj tarce to sie jej te judasy chlebotały – to ją zacął zasypiać. A Jaguś pódź tu dą mie. Widzis ze pierę – nie pódę. A pódź tu. Nie pódę. A po cemu nie pódzies. A bo jak pódę to mie bedzies zcypał a moze i w krzaki chciałbyś. Pódź – nie będę cie zacypiał ani w ksaki wlyk. To po co pódę. Hę!

Ale Fręnuś coś Se do głowy nabrał i zacął do Jagusi podchodzić. Matula go przepędziła – a bo to taka dziadówa. Ale Jędruś uwazał, ze choć pola tęm nie wiele, ale jest taka rumięna, ładna, robotna na pewno z wiąnkiem i w sobie bogata. A te co my raicie, to ich inni gęnią, a to niechluja a to znowu bez więnka. Nie bede więcyj gmyrał. No i sie pozenili. Matka jij dodała łostatnią, ale zacieląną krowę ale se wymówili ze jak bedzie cielysa to jyj oddadzą. No a jak ciołek. No to tygo nie wydoi to se zostawita, a ja tu moze jakie cielątko dokupię. A Fręnuś to po tacie naucony robić, pobozny, zawse znak krzyza na chlebie robił to i dobrze Jagusią zyli. Scęśliwie dorobili się piątki dzieciów, najstarsygo to nawet do skół posłaly. Z serwitu se postawili dąmek, pochyblowaly go i pomalowali to jęm i sąsiady zazdrościły. Kupiły se kierat, młockarnię.

Możem tam coś brzydkiego w słowach napaplał to wybacta. Ale to teraz cłowiek casem i  z tyj telewizji się nasłucha, choćby takie świństwa jak o tych Kiepskich, ło tym głupkowatym Felusiu, nabaniaconym Ferdku, cy tym w mordę jeza Boćku, to się wiąkać chce. Tym co to napisali tobym wsadził do tyj głównej sceny, znacy się wychodka i jesce jęm nakopał ponizyj pleców.

Dzisiaj dzięń zakochanych. Kochajta i sanujta się nie tylko dzisiaj ale przez cały rok i całe zycie. I nie tylko w domach ale w całyj kamięjskiej rodzinie.

A te nowinki tom słyszał od niewiast, co do nas na Prusinie psychodzili z kadzielą i psędły całe wiecory. Dało się wytsymać, bo to mądre baby nie chulyły cygarów.

I jak to dzisiaj widzita to tęm gdzie była miłość, zgoda i gdzie miały Boga w sercu to sie dobrze wiedło.

Bywajta ludzie zdrowe. Moze za rok jak sie spotkawa a zechceta posłuchać to wąm co nowego powiem językiem nasych ojców i dziadów. A jest piękna mowa i nasa kęmięjska – sanujta ją. Sanujta tyz nase ludowe, z pod Kęmięnia piosenka, spisujta je póli jesce Bałutka, Hanuska cy jak jęm tęm jest zyją. To trzeba pielęgnować – ocaleć od zapomnienia. A ze to robita, to wielga chwała Wąm z Towarzystwa Przyjaciół Kęmienia. Łobyśta nigdy nie ustaly. Hej!